M-Cars w Social Mediach
Górskie serpentyny, precyzja prowadzenia i wspólnota ludzi, których łączy pasja. BMW M Tour M-Cars 2025 – Dookoła Tatr to podróż przez emocje, dźwięki i krajobrazy, w której litera M nabiera nowego znaczenia. Od Poronina po Ždiar, przez Zamki Orawy i szczyty Słowacji. To wydarzenie pokazało, że BMW M to nie tylko samochód, ale styl życia.
Zbiórka: Poronin. Start z energią
Poranek w Poroninie pachniał jesienią. W powietrzu unosiła się lekka mgła, a z gór napływał chłodny wiatr, niosąc ze sobą zapach mokrej trawy i spalonego paliwa. Na parkingu przy stacji Orlen panowała ta specyficzna, elektryzująca cisza przed startem: cisza, w której zamiast słów, słychać było lekkie pomruki silników. Rząd samochodów ustawionych w równym szeregu wyglądał jak linia startowa prywatnego toru wyścigowego.
BMW M2, M3 Touring, M4 Coupé, M4 CSL i potężne BMW XM – każda sylwetka opowiadała inną historię. M2 – kompaktowe, nerwowe, jak stworzony do górskich serpentyn; M3 Touring – perfekcyjnie zbalansowany między funkcjonalnością a osiągami, jego szerokie nadkola zdawały się napinać mięśnie już w bezruchu; M4 Coupé – elegancki drapieżnik, o sylwetce napiętej jak łuk przed strzałem. A XM? Jego muskularna bryła dominowała nad całym placem: to hybrydowy kolos o mocy ponad 650 KM, który potrafił łączyć ciszę elektrycznego trybu z brutalnym rykiem V8.

Instruktorzy BMW M Experience krążyli między autami, wymieniając krótkie uwagi z uczestnikami. Kawa, krótkofalówki, sprawdzanie ustawień trybów jazdy.
„Pamiętajcie, to nie wyścig. To rytm. Trasa ma swój puls, a wy macie go poczuć”
Rzuca jeden z nich, przerywając rozmowę dwóch kierowców porównujących ustawienia zawieszenia adaptacyjnego.
Ktoś z tyłu kolumny przekręca pokrętło M Mode. Na ekranie Head-Up Display pojawia się charakterystyczne logo M, podświetlone czerwienią.
W tym momencie powietrze gęstnieje.
Jeszcze chwila na słodki poczęstunek: kawa, kilka słów o trasie, szybkie selfie pod logotypem M-Cars. Kiedy wszyscy zajmują miejsca, a pasy zatrzaskują się z charakterystycznym kliknięciem, napięcie staje się niemal fizyczne.
Jeden po drugim, silniki budzą się do życia. Sześciocylindrowe S58 w M3 i M4 ryczą głęboko i czysto, niczym sportowe instrumenty w idealnym stroju. Potężny V8 w XM-ie dołącza chwilę później, jego basowe tony rozchodzą się echem po dolinie.
W krótkofalówkach słychać:
– „M-Cars, gotowi?”
– „Gotowi. Ruszamy.”

Kolumna rusza spod stacji. W lusterkach odbija się słońce, które właśnie przebija się przez mgłę. Pierwsze kilometry prowadzą w stronę Chochołowa – asfaltem jeszcze chłodnym, ale suchym, idealnym do rozgrzania opon Michelin Pilot Sport 4S.
Drżenie w powietrzu staje się rytmem. I każdy z nas czuje, że zaczyna się coś wyjątkowego.
W trasie: emocje, precyzja, rytm górskich zakrętów
Pierwsze kilometry za nami. Poronin został w lusterkach, a kolumna BMW M-Cars sunie przez Chochołów, gdzie drewniane domy pachną dymem z kominków. Asfalt wije się miękko pomiędzy łąkami, a na horyzoncie, w lekkiej mgle, majaczą szczyty Tatr. Jeszcze kilka kilometrów i wjeżdżamy w rytm drogi, który trudno pomylić z czymkolwiek innym. To ten moment, gdy samochód i kierowca zaczynają oddychać jednym tempem.
Włączam tryb Sport+. Zawieszenie usztywnia się, reakcja przepustnicy staje się natychmiastowa. Redukcja, lekkie szarpnięcie skrzyni, przyjemny strzał z wydechu. Kierownica BMW M3 Touring leży w dłoniach idealnie: ciężka, precyzyjna, z tą typową dla M odpornością, która daje poczucie absolutnej kontroli. Auto reaguje na każdy ruch nadgarstka, jakby czytało w myślach.
Droga przez Chochołowskie Termy to rozgrzewka. Kilka łagodnych łuków, seria lekkich wzniesień, idealnych, by poczuć balans samochodu. Potem granica – mijamy tabliczkę „Slovensko” i od razu zmienia się charakter trasy. Orawica, Zuberec – to odcinki, o których kierowcy M mówią szeptem z szacunkiem. Wąskie, kręte drogi, gładki asfalt, zakręty jak rysowane cyrklem.
Na jednym z nich redukuję na „dwójkę”, silnik podbija obroty do czterech tysięcy. S58 śpiewa. Charakterystyczny metaliczny dźwięk wypełnia wnętrze, a jednocześnie pozostaje perfekcyjnie czysty. Z tyłu widzę w lusterkach, jak czerwone BMW M3 G80 Sedan Competition trzyma ciasny tor jazdy, a jego maska odbija błyski słońca. W krótkofalówce słyszę głos kolegi:
„To jest właśnie esencja M – auto, które nie tylko przyspiesza, ale i komunikuje się z tobą na każdym metrze drogi.”
Uśmiecham się. Dokładnie tak to czuję. To nie tylko jazda — to rozmowa. Z samochodem, z drogą, z samym sobą.

Na odcinku między Orawicą a Zubercem kolumna sunie jak zestrojony zespół. Każdy kierowca utrzymuje równy dystans, każdy zakręt pokonywany jest niemal w jednym rytmie. M2 z przodu tańczy lekko na krótkim rozstawie osi – jego tylna oś żyje, ale nigdy nie traci przyczepności. M4 CSL idzie nisko, stabilnie, jak przyklejony do asfaltu. Z tyłu XM – potężny, pewny siebie, a mimo masy zaskakująco zwinny. W każdym z aut ta sama dusza / precyzja.
Kiedy wjeżdżamy w dłuższą sekwencję serpentyn, rytm drogi zmienia się w muzykę. Redukcje, przyspieszenia, oddechy turbin, szum powietrza. Wszystko w jednym tempie. Widoki schodzą na drugi plan. Gdzieś po lewej błyszczy tafla rzeki Orawy, po prawej pojawia się zarys gór, ale to asfalt gra główną rolę.
W pewnym momencie wyłączam radio. Zostawiam tylko dźwięk silnika i opon. To jak koncert, który zna się na pamięć, a mimo to za każdym razem brzmi inaczej.
Każdy zakręt to historia. Każdy kilometr to potwierdzenie, że BMW M to coś więcej niż samochód. To precyzyjny instrument, który pozwala grać własną melodię, czasem spokojną, czasem agresywną, ale zawsze prawdziwą.
Kiedy zatrzymujemy się na krótkim postoju przed podjazdem do Zuberca, drzwi otwierają się niemal jednocześnie. Wszyscy uśmiechnięci, z błyskiem w oczach.
„To był ten zakręt, prawda?” — ktoś pyta, a odpowiedzią jest tylko kilka głośnych śmiechów i wymowne spojrzenia.
Bo nie trzeba mówić nic więcej. Wszyscy wiemy, że właśnie po to tu jesteśmy.
Zamek Orawski: chwila oddechu i historia w tle
Po dynamicznym przejeździe przez dolinę Orawy droga zaczyna wspinać się delikatnie ku wzgórzu. Z daleka widać już zarys murów – to Zamek Orawski, monumentalny, wzniesiony na skale, jakby od wieków czekał na nasz przyjazd. Słońce przebija się przez chmury, a jego blask odbija się od karoserii samochodów, tworząc niezwykły kontrast: surowy kamień i połysk lakierów BMW M.

Zatrzymujemy się tuż pod zamkiem. Silniki cichną, echo ostatnich obrotów rozchodzi się po dolinie i ustępuje miejsca ciszy. Wysiadam z auta, a pierwsze, co czuję, to chłód: powietrze pod murami jest inne, gęstsze, pachnie wilgotnym kamieniem i jesiennym lasem. Przez chwilę nikt się nie odzywa. Każdy patrzy w górę, w stronę wież, które pamiętają inne czasy, inne dźwięki: stukot kopyt, zbroje, komendy strażników. A teraz, u ich stóp, stoją auta o łącznej mocy kilku tysięcy koni mechanicznych.
To nie jest tylko przystanek. To spotkanie dwóch światów. Przeszłość i przyszłość, historia i technika, tradycja i pasja. I wszystko to zaskakująco do siebie pasuje.
Wchodzimy do środka, grupą, jeszcze w kurtkach z logotypami M. Kamienne korytarze tłumią dźwięki kroków, a z wysokich okien wpada rozproszone światło. Przewodnik opowiada o rodach, o bitwach, o setkach lat historii, ale ja słucham tego w inny sposób. W głowie nadal mam rytm drogi: przyspieszenia, redukcje, echo zakrętów. I nagle myśl: ten zamek, tak jak nasze samochody, powstał z potrzeby stworzenia czegoś trwałego, solidnego, z charakterem.
Przy jednym z okien zatrzymuje się kilku uczestników. Ktoś pokazuje na dziedziniec, gdzie w rzędzie stoją auta – czerwone, czarne, niebieskie, matowe.

„Zobacz, jak to wygląda. Jakbyśmy przenieśli się w czasie, tylko zamiast konia – 500 koni pod maską.”
Śmiech. Zrozumienie bez słów.
Schodzimy na dziedziniec, gdzie rozmowy stają się swobodniejsze. Ktoś porównuje wrażenia z jazdy M3 i M4, ktoś inny opowiada o swojej pierwszej „emce”. I choć każdy przyjechał innym modelem, różnimy się rokiem, silnikiem, konfiguracją – łączy nas to samo: czysta radość z prowadzenia.
„Nieważne, kto czym przyjechał. Ważne, że wszyscy czujemy to samo: pasję do prowadzenia BMW M”
Słyszę, gdy stoję obok wystającego fragmentu skały, na której osadzony jest zamek.
To zdanie pada naturalnie, bez patosu, ale ma w sobie wszystko.
Patrzę jeszcze raz na auta, potem na kamienne mury. Czas, dźwięk, materia – wszystko tu współgra. Przez chwilę mam wrażenie, że historia i motoryzacja spotkały się naprawdę.
I właśnie w takich momentach czuję, że BMW M Tour to nie tylko jazda. To podróż w głąb pasji, która trwa niezależnie od epoki.
Kierunek południe: serpentyny, emocje, precyzja
Z dziedzińca Zamku Orawskiego ruszamy dalej. Silniki znów budzą się do życia, a echo ich dźwięku odbija się od skalnych ścian, jakby cała dolina odpowiadała basem. Droga przed nami prowadzi w kierunku Liptowskiego Mikułasza – to odcinek, o którym instruktorzy BMW M Experience mówią krótko: „Tu się zaczyna prawdziwa przyjemność z prowadzenia.”
Już po kilku kilometrach widać, dlaczego. Trasa oplata zbocza gór niczym sznur pereł. Zakręt za zakrętem, krótkie proste, techniczne podjazdy. Z jednej strony masywne grzbiety górskie, z drugiej strome spadki, a między nimi gładki, wąski asfalt o idealnej nawierzchni. Las miesza się z mgłą, słońce przenika przez gałęzie i odbija się na maskach aut.
Przełączam w M Mode – Dynamic. Dźwięk wydechu staje się głębszy, pedał gazu reaguje szybciej. Na ekranie Head-Up Display pojawia się charakterystyczna linia zakrętu – 40 metrów, promień ciasny. Redukcja na trzeci bieg, krótkie dociśnięcie hamulca, skręt. BMW M4 Competition zachowuje się jak żywy organizm: przód wgryza się w asfalt, tył delikatnie tańczy, ale zawsze w granicach pełnej kontroli. Czuć pracę aktywnego dyferencjału, jakby elektronika i mechanika współgrały w jednym, idealnym rytmie.

Kątem oka widzę w lusterku niebieskie BMW X6 M Competition, które jedzie kilka metrów za mną. Duża, agresywna sylwetka, spory rozstaw osi, nerwowy temperament. Auto, które chce być prowadzone z instynktem, nie kalkulacją. Na zakrętach wygląda, jakby miało własny taneczny styl – szybkie przeniesienia masy, błyskawiczne korekty. Za nim M4 Competition. Opanowany, pewny, jak gdyby pilnował, żeby cała kolumna trzymała tempo, ale nie przesadzała.

Po kilku kilometrach zmiana miejsc. Przesiadam się do BMW XM – potwora, który mimo swojej masy przyspiesza z lekkością, jakiej się po nim nie spodziewasz. Hybrydowy układ napędowy M Hybrid 750 zapewnia brutalną siłę V8 i natychmiastowy moment elektryka. W kabinie panuje niemal studyjna cisza, tylko delikatny szum opon i głęboki pomruk silnika. To zupełnie inny wymiar jazdy: nie agresja, lecz suwerenna dominacja.
Przy jednym z postojów, na niewielkim punkcie widokowym nad doliną, wysiadamy, żeby złapać oddech. Z tej wysokości widać całą trasę, którą właśnie pokonaliśmy – serpentyny wznoszące się i znikające w lesie, drogi, które wyglądają jak narysowane linijką, z zakrętami idealnymi jak tor wyścigowy.
„Wiesz, co jest najlepsze?” – mówi jeden z uczestników, stojąc z kubkiem kawy przy barierce. „Że tutaj nie chodzi o prędkość. Tu chodzi o ten moment, kiedy czujesz, że wszystko: auto, droga, ty, tworzycie jedną całość.”
Kiwnięcie głowy. Trudno to ująć lepiej.
Zmieniamy auta po raz kolejny. Teraz przesiadam się do M3 Touring, którego znam już z wcześniejszych kilometrów, ale za każdym razem odkrywam coś nowego. Na wąskich serpentynach prowadzi się z chirurgiczną precyzją. Balans rozłożenia masy 50:50 sprawia, że każde wejście w zakręt przypomina rysowanie po asfalcie. Lekkość i spokój, które czuje się w dłoniach – to właśnie ta niemiecka precyzja, o której mówi się, że jest uczuciem, a nie tylko właściwością konstrukcyjną.
Droga prowadzi coraz wyżej, potem łagodnie opada. Słońce zaczyna się przechylać, złocąc karoserie. W górze krążą ptaki, a pod nami błyszczy tafla rzeki Wag. Czas zwalnia. W takich chwilach człowiek przestaje myśleć o osiągach i danych technicznych. Liczy się tylko to, że prowadzi.
Każdy samochód jest inny: M2 to spontaniczność, M4 to doskonałość, XM to potęga, M3 Touring to równowaga. Ale wszystkie mają to samo DNA. To uczucie, które pojawia się, gdy dłonie ściskają kierownicę M, a droga wzywa dalej.
Zwieńczenie dnia: Grand Hotel Kempinski i społeczność M-Cars
Ostatni odcinek trasy prowadzi przez Szczyrbskie Jezioro: drogę, która wygląda jak kadr z filmu. Gładki asfalt przecina las, z którego przebija się zapach żywicy i wilgotnej ziemi. Z lewej strony tafla jeziora odbija pomarańczowe światło zachodzącego słońca, a w lusterkach widać kolumnę M-Cars – auta ustawione w idealnym rytmie, reflektory migoczące w półmroku.
Wjazd do miejscowości Ždiar jest cichy. Silniki pomrukują nisko, jakby same wiedziały, że to moment na wyciszenie. Kolumna skręca w stronę Grand Hotelu Kempinski – klasycznej alpejskiej rezydencji, w której elegancja spotyka się z górskim spokojem. Gdy parkujemy przed wejściem, słońce przebija się przez ostatnie chmury, a jego światło kładzie się na karoseriach w kolorach Frozen Grey, Toronto Red i Black Sapphire. To nie są zwykłe samochody. Każdy wygląda jak rzeźba, jak dzieło sztuki, które oddycha.
Kiedy drzwi hotelu otwierają się z cichym szelestem, zderzenie dwóch światów jest niemal symboliczne: z zewnątrz zapach benzyny, chłód powietrza, echo gór; wewnątrz – ciepłe światło, drewno, miękkość głosów i zapach kolacji.
W środku panuje atmosfera, której nie da się zaplanować. Białe obrusy, kieliszki z delikatnym refleksem świec, rozmowy, w których nie brakuje śmiechu. Ktoś opowiada o najlepszym zakręcie dnia, ktoś inny o wrażeniu z jazdy XM-em w trybie Sport Hybrid. Instruktorzy M Experience rozmawiają z uczestnikami przy jednym stole, bez dystansu, po partnersku.
„BMW M to nie tylko samochody. To styl życia i ludzie, którzy go rozumieją.”
Słowa padają spokojnie, bez deklaracji, raczej jak podsumowanie czegoś oczywistego. Wypowiada je uczestnik, wznosząc kieliszek w kierunku okna, za którym tafla jeziora odbija światła hotelu i sylwetki samochodów zaparkowanych przed wejściem.
Ktoś przy stole kiwa głową. Ktoś inny dodaje półgłosem:
„I to poczucie, że tu nikt niczego nie udaje. My po prostu kochamy prowadzić.”
Cisza, śmiech, szmer rozmów. Gdzieś w tle, przez uchylone drzwi tarasu, słychać jeszcze głębokie brzmienie V8 z XM-a: krótkie, niskie, jakby przypomnienie o tym, skąd przyjechaliśmy.
Wieczór powoli przechodzi w noc. Za oknem ciemnieją Tatry, w hotelowym lobby zostają już tylko ostatnie rozmowy i dźwięk butelek odkładanych na stół.
Wszyscy mamy ten sam błysk w oczach. Nie z powodu rywalizacji, adrenaliny, ale z powodu wielkiej satysfakcji. To ten rodzaj spełnienia, który przychodzi po dobrze spędzonym dniu.
Bo BMW M Tour nie kończy się na trasie. On zostaje z nami: w rozmowach, w wspomnieniach, w tym poczuciu wspólnoty, które powstaje nie z reklamy, ale z prawdziwych chwil spędzonych na drodze.

Zakończenie przygody: pasja, precyzja, wspólnota
Kiedy wracamy już z Ždiaru, a ostatnie światła samochodów znikają w kierunku granicy, czuję, że coś w tej trasie zostaje w człowieku na dłużej. To nie była tylko podróż Dookoła Tatr: to było 219 kilometrów emocji w najczystszej postaci. Każdy z nich miał swój rytm, swoją melodię, swoje echo. Od świtu w Poroninie, przez serpentyny Orawy, aż po wieczorne światła Kempinskiego każdy moment był jak dobrze skomponowany utwór, w którym dźwięk silnika zastępuje nuty, a zakręty wyznaczają tempo.

Ta trasa nie tylko łączyła punkty na mapie. Łączyła ludzi. Kierowców, pasjonatów, przyjaciół, którzy na co dzień różnią się wszystkim: samochodami, pracą, miastem, ale mają wspólny mianownik: radość z prowadzenia. W świecie, w którym coraz więcej kontaktów dzieje się przez ekrany, tutaj wszystko działo się naprawdę. Bez filtrów, bez wirtualnych symulacji, tylko człowiek, droga i dźwięk silnika M.
BMW M Tour M-Cars 2025 pokazało, że litera „M” to coś więcej niż znak mocy. To symbol stylu życia, filozofii ruchu i wspólnoty. Bo dokładnie tak, jak zakręt łączy kierowcę z asfaltem, tak BMW M łączy ludzi z emocją, której nie da się opisać liczbami.
Na parkingu hotelowym, gdy ostatni raz patrzymy na nasze samochody w blasku latarni, nikt już nie mówi o koniach mechanicznych, czasie przyspieszenia czy momencie obrotowym. W ciszy, w tym delikatnym powietrzu gór, zostaje tylko to jedno uczucie: spełnienie.
„To nie był wyjazd. To było przeżycie.”
Słyszę za plecami, kiedy ktoś zamyka drzwi swojego M3. Uśmiecham się. Dokładnie tak.
Bo trip z BMW M-Cars nie kończy się w momencie zgaszenia silnika. On trwa dalej w rozmowach, we wspomnieniach, w każdym następnym zakręcie, który będziemy pokonywać już sami, ale z tym samym poczuciem rytmu i pasji.
I choć trasa Dookoła Tatr zostaje za nami, już wiemy, że kolejny M Tour będzie jeszcze bardziej wyjątkowy.
Nie dlatego, że będzie dłuższy, szybszy czy bardziej spektakularny.
Ale dlatego, że znowu spotkamy się tam, gdzie pasja spotyka góry.
Zapraszamy do świata BMW M-Cars
Dołącz do naszej społeczności i poznaj radość prowadzenia w najczystszej formie – na trasie, na torze, w każdym zakręcie. Czekamy na Ciebie w naszych salonach BMW M-Cars w:
BMW M-Cars Kraków (ul. Conrada 20)
BMW M-Cars Kraków-Libertów (Góra Libertowska 14)
BMW M-Cars Nowy Sącz (Tarnowska 179)
BMW M-Cars Tarnów (Łukanowice 239)
A także BMW Motorrad: Kraków, ul. Conrada 20.























